Szanse na krótki plener znikały z każdą kolejną kroplą deszczu. “Marto, pada…” – tymi słowami przywitałem przez telefon przyszłą żonę Josep’a. Nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy przełożyć sesję na inny dzień.
Pech, pomyślałem.
Dziś widzę to jednak inaczej – dzień jaki wybraliśmy na zastępstwo obdarował nas tym, czego sobota poskąpiła: przepięknym słońcem oraz pustą nadwiślańską plażą. Ale to nie wszystkie zalety zmiany daty pleneru – buty Marty do dziś nie otrząsnęły się z nadmiaru piachu.








































































































































































































